czwartek, 5 marca 2015

Neapol – miasto z duszą

Z pomocą świętego Mikołaja pojechaliśmy do Neapolu w lutym (nie, nie pożyczył nam renifera, dał nam bilety). Przed wyjazdem mieliśmy obawy: Jaki Neapol poznamy - stereotypowy brudny, niebezpieczny i nieciekawy czy, jak sądzą inni, wyjątkowy – miejsce w którym można się zakochać? 



Nasz Neapol jest wyjątkowy. Przyjechaliśmy po zmroku. Z Placu Garibaldiego, uznawanego za nieciekawe miejsce, poszliśmy do hotelu. Musieliśmy się szybko przestawić na tzw. „tryb uliczny arabski” i już to miasto zaczęło nam się bardzo podobać. Nie tracąc czasu, poszliśmy poznawać Neapol, z początku kulinarnie!!!! Pierwszym miejscem była znana „świątynia pizzy” Da Michelle. Po uczcie poszliśmy w kierunku starego miasta – mroczne, wąskie, niezwykle wysokie, obdrapane uliczki. W pierwszej chwili zastanawialiśmy się, czy nam się nic nie stanie, ale z każdym krokiem czuliśmy się pewniej. Zaczęło mocno padać i przemokliśmy do suchej nitki, więc trzeba było wracać. Jak się okazało, we Włoszech dobra klimatyzacja jest ważna cały rok – w budynkach bez CO zimą jest jedynym źródłem ciepła. Można ją również wykorzystać jako suszarkę ;).



Kolejnego dnia zaplanowaliśmy wyjazd do Pompejów i Herkulanum kolejką Circumvesuviana. Najlepiej wyruszyć z pierwszego przystanku Circumvesuviany, ale chcieliśmy kupić trzydniową kartę Artecard na całą Kampanię (w cenie 32 Euro komunikacja, oprócz promów, dwa pierwsze muzea w cenie, na pozostałe zniżki), dlatego wyruszyliśmy z Napoli Centrale, gdzie po prawej stronie od peronów znajduje się informacja turystyczna (czynna codziennie – 09:00-18:00). Kartę można kupić również w muzeach. Neapolitańczycy są bardzo mili i pomocni. Choć nie mówią po angielsku, to pracownicy dworca bez problemu wyjaśnili nam, na który peron mamy pójść. Mieliśmy jechać w kierunku Sorento, wyświetlało się Sarno. Skierowani na peron przez kolejarzy, jednak nie byliśmy pewni, czy to to samo miejsce. Zapytaliśmy miejscowych, dzięki słowom „Pompei”, włoskiego „dopo” (jak domyśliliśmy się „next”) i niezliczonej ilości gestów rąk i głów, okazało się, że nasz pociąg to następny. O wrażeniach z tych miejsc napiszemy w osobnym poście, bo jest o czym pisać!


Wieczorem, po powrocie do Neapolu, byliśmy wykończeni, ale nie na tyle, żeby nie „wyskoczyć na miasto”. Miasto wieczorem może wydawać się przerażające. Odpadające tynki kamienic, tajemnicze bramy, pozamykane na trzy spusty witryny sklepowe, wąskie i mroczne uliczki. Spacer nimi pozwala na dojrzenie niektórych detali zupełnie niewidocznych za dnia, kiedy to pootwierane sklepiki i kramy odciągają uwagę od architektury. Chodząc po mieście, mamy wrażenie, że każda ściana, każda kamienica jest stara i odrapana, ale wciąż żywa. Czujemy, że jesteśmy na południu Europy. Cóż, wiele miast już widzieliśmy, a Neapol musimy uznać za wielkie zaskoczenie na PLUS. Myśleliśmy, że nie dane nam będą wieczorne spacery po zmroku, które okazały się bardzo przyjemne. Wszystkie atrakcje miasta, muzea, kościoły, podziemia, zamki zachęcają do wizyty w tym mieście. Neapol oferuje też wspaniałe widoki, dostępne ze wzgórza, na które wjedziemy kolejką ub wejdziemy po schodach pieszo (ale droga długa).

Rano jedziemy metrem (linia 2) do przystanku Pozzuoli Solfatara. Jest luty, więc wejście na Wezuwiusz nie będzie raczej przyjemne, a chcemy zobaczyć wulkan. Wezuwiusz jest nieaktywny, z daleka monumentalny i piękny, natomiast sam kater nieciekawy, wielki lej jakich wiele (my już oglądaliśmy kanaryjskie kaldery). Solfatara w Pozzuoli z daleka nie wygląda jak wulkan (jak nie masz pojęcia, że tam jest, nie zorientujesz się, że obok jest takie cudo). Z dworca idziemy ok. 1,5 km drogą w górę (jeżdżą autobusy, ale chyba trzeba machać na przystankach). Wejście do solfatary jest przez bramę kamienicy. Za bramą znajdziecie się u wrót Hadesu (wg mitologii). Wstęp 5,60 z artecard, bez zniżki 7 Euro. Można poczuć się jak na księżycu. Na nas największe wrażenie zrobiły wydobywające się z wnętrza Ziemi opary siarki. Miejsce to jest warte ceny i czasu poświęconego na dotarcie (metro jedzie ok. 1 godziny w jedną stronę). W drodze powrotnej kupujemy pomarańcze i mandarynki w przydrożnym sklepiku (właśnie w okolicy trwa zbiór) – smak wart każdej ceny, a cena jak u nas w markecie. Wsiadając do pociągu, zobaczyliśmy wielką, czarną chmurę, z której ku naszemu przerażeniu zaczął padać śnieg. Pocieszaliśmy się, że już odjeżdżamy, w solfatarze mieliśmy mroźną ale słoneczną pogodę, a w Neapolu będzie lepiej. Nie było.



Po przyjeździe, zgodnie z planem wyjechaliśmy kolejką „górską” Montesanto (funicolare) do zamku Sant'Elmo podziwiać panoramę miasta. Prawie nic nie było widać, oprócz miejscowych robiących sobie zdjęcia z opadem śniegu. Zjechaliśmy z Piazza Fuga wprost do dzielnicy hiszpańskiej (quartieri spagnoli). 

 












Po drodze do nabrzeża zjedliśmy obiad, zobaczyliśmy monumentalny Piazza del Plebiscito. Naszym celem był Castel dell'Ovo, jak się okazało możliwe było tylko zwiedzanie murów, ale za darmo – bardzo ładne widoki na Capri, Wezuwiusz oraz miasto. W drodze powrotnej do hotelu wpadliśmy do Gambrinusa na kawę wymyśloną w Neapolu (allanocciola), zwiedziliśmy Galerię Umbero I, która wydała nam się zdecydowanie ładniejsza od słynnej mediolańskiej galerii (Maciek nie lubi milano) oraz Castel Nuovo. 



 














Wtedy zdecydowaliśmy, że jeszcze pozwiedzamy metro. Tak metro! W Neapolu jest jedno z najpiękniejszych na świecie – wiele stacji jest zaprojektowanych jako galerie/dzieła sztuki. Zwiedzanie metra zabiera nam około dwie godziny.












 


Wracamy wykończeni do hotelu, ale po krótkim odpoczynku biegniemy na Via dei Tribunali. Dzisiaj jeszcze musimy spróbować pizzy w kolejnej „świątyni” - Di Matteo. Po kolacji po raz kolejny wracamy okrężną drogą, biegnąca przez prawie całą starówkę do hotelu. Dzisiaj nie pada więc zaglądamy w zakątki do których jeszcze nie udało nam się dotrzeć. Chcemy też zobaczyć kapliczkę poświęconą Diego Maradonie. Niestety, pomimo sprawdzonych, dokładnych namiarów GPS nie możemy jej naleźć. Po raz kolejny okazuje się, że Neapolitańczycy są wspaniali – pytamy przechodzącego Pana z psem o Maradonę, pomimo bariery językowej wyjaśni nam, że kapliczka znajduje si w środku Baru Nilo. Dzisiaj już zamknięte.

Ostatniego dnia jeszcze raz wjeżdżamy na punkt widokowy przy zamku sant'Elmo. Dzisiaj pogoda dopisała – słońce, temperatura ok. 10ºC. Widok na miasto wart zachodu. Schodzimy Via Pedamentina San Martino (schodami) w kierunku stacji Montesanto. W połowie drogi wsiadamy do funicolare. Idziemy do stacji Dante skąd jedziemy... na pizzę do Starita dei Matardei


Pizzeria ani okolica nie przypomina tej z filmu Złoto Neapolu, ale po spróbowaniu Marinary w ich wykonaniu już wiemy, że tu jest nasze L'oro di Napoli. W drodze powrotnej do centrum ponownie zwiedzamy stacje metro, o których skarbach doczytaliśmy poprzedniej nocy. Wracamy na Dante i w końcu po trzech nocnych wędrówkach poznajemy starówkę za dnia. 

Zaczynamy od cappuccino, potem próbujemy zwiedzić kościoły, miały być otwarte (w Neapolu bywają otwarte nawet kiedy powinny być zamknięte), a dzisiaj wszystkie zamknięte na cztery spusty.
 
















Niezniechęceni idziemy dalej, wiemy, że przed nami uliczki z szopkami – ach, ech, och. Niby kicz, ale wszystko ręczna robota. Oprócz tradycyjnych postaci kogo tam nie ma – politycy, sportowcy, celebryci i inni przez nas nierozpoznani. 




Po drodze odwiedzamy kapliczkę ku czci Diego – zamawiamy espresso, podziwiamy wystrój, robimy fotki. Jedynym kościołem jaki udało nam się tego dnia zobaczyć była Basilica cattedrale metropolitana di Santa Maria Assunta – czyli Duomo, Katedra była naszym pożegnaniem z Neapolem – stamtąd kierujemy się prosto na lotnisko. Już wiemy, że na pizze w Neapolu niedługo wrócimy ;) - bilety już kupione!
















3 komentarze :

  1. kolejny punkt na mapie do odwiedzenia..

    OdpowiedzUsuń
  2. Wrócę tam z pewnością nie raz, bo naprawdę miasto jest tego warte! Poza samym Neapolem jest również mnóstwo miejsc, które można zobaczyć. Czy dłużej tam jesteś, tym bardziej je kochasz :)

    OdpowiedzUsuń