sobota, 17 maja 2014

Tirem do Holandii wrzesień 1997



To był nasz pierwszy samodzielny wyjazd zagraniczny – do dzisiaj wspominany z sentymentem jako najbardziej spartański. To dlatego, że jechaliśmy kompletnie nieprzygotowani, mieliśmy za mało pieniędzy, starczyło tylko na noclegi w namiocie (studenckie czasy). Nie było wówczas waluty Euro, telefonów komórkowych, mapy były papierowe, a o Internecie nawet nam się nie śniło! Pojechaliśmy bez żadnego przygotowania...

Nasze wyżywienie opierało się na kilku konserwach mielonki turystycznej i zupkach chińskich, a nasze dzienne porcje to:
śniadanie - 2 kromki okropnego chleba tostowego z 2 plasterkami mielonki, obiad – jedna zupka chińska na 2 osoby, kolacja – to samo, co na śniadanie. Jedliśmy też jeżyny, które rosły po drodze na plażę i zazdrościliśmy królikom w mini ZOO, dokarmianym przez dzieci smacznym razowym chlebem. Nie liczyliśmy też kilometrów w drodze po słodką wodę, której musiało starczyć na herbatę, zupkę chińska i toaletę ;) Ale było super! Wtedy się zaraziliśmy miłością do zwiedzania świata.


Z Anką i Robem (każde z nich kieruje własną ciężarówką) zabieramy się do miasteczka Winschoten nieopodal Groningen, gdzie nasi kierowcy mieszkają.
Kierowcy odpoczywają, a my pożyczonymi rowerami jeździmy po okolicy - trasy rowerowe są świetne, oglądamy wiatraki. 



Od Anki i Roba dostajemy instrukcję, jak dostać się do Amsterdamu pociągiem.
Kupujemy bilet trzykrotnego (dobowego) użytku do wykorzystania w ciągu 10 dni i jedziemy.
Jesteśmy w Amsterdamie na campingu, który ma dość dobry standard. Zwiedzamy piechotą i korzystając z metra. Amsterdam jest piękny, szczególnie wieczorem, gdy spacerujemy wzdłuż kanałów. Miasto ma niepowtarzalny klimat, a wokół rozbrzmiewają szepty z rymowaną propozycją: ‘Cin cin cin marihuana amfetamin’. Co chwilę jesteśmy zaczepiani na ulicy przez dilerów, ale przecież nie przyjechaliśmy tu, żeby 'robić zakupy'. Byliśmy też w dzielnicy czerwonych latarni - faktycznie kobiety stoją za szybą jak żywe manekiny na wystawie sklepowej. Wywołało to u mnie bardzo mieszane uczucia, ale taki urok tego miasta...






  
Po kilku dniach jedziemy z Amsterdamu do Hagi. Haga jest śliczna o 6 rano, nie ma ludzi, nikt nie wchodzi w kadr. Życie rozkręca się około 9 rano. 



Chcemy przenocować na jakimś campingu nad morzem, ale ceny zwalają nas z nóg. Zmieniamy plany, wsiadamy w jakiś pociąg na północ i pytamy faceta w pociągu o jakiś camping nad morzem, gdzie będzie tanio. Pada na Den Helder.

Dojechaliśmy do Den Helder. Miasteczko okazuje się malutkie, camping jest pełen emerytów w przyczepach campingowych z satkami, ale do morza nie mamy daleko. Idziemy na plażę, spacerujemy po miasteczku, które jest tak spokojne, że aż senne. Obok campingu jest fajne mini ZOO. Kończy się nam kasa, więc przenosimy się na plażę i rozbijamy namiot na dziko. Krótki rekonesans – co, gdzie i jak. Pierwsza noc na plaży jest troszkę dziwna, ale podoba się nam nasza nowa miejscówka.





Tak sobie tu mieszkamy. Plaża jest zupełnie pusta o tej porze roku. Jest zbyt zimno na kąpiele, więc mamy spokój. Jedyny problem polega na braku dostępu do wody, po którą chodzimy codziennie plażą jakieś 2 km do fortu Kijkduin. W forcie nabieramy wodę do 2 plastykowych butelek i tą samą drogą znowu 2 km wracamy do namiotu. Warunki mamy dość spartańskie, wcześnie robi się ciemno, więc kładziemy się w namiocie, oglądając wojskowe statki pływające po morzu. W nocy jest cicho, słychać tylko szum czarnego morza i wiatr, widać światło latarni morskiej i robi się przez to troszkę mroczny klimat. Za to rano budzimy się, a dookoła namiotu odciśnięte na piasku ślady ciekawskich mew i innych żyjątek. 








Czas wracać do Groningen i dalej do naszych kierowców. Umówiliśmy się na konkretny dzień. Mamy zadzwonić z budki telefonicznej, jak tylko dojedziemy do Groningen i nas odbiorą ze stacji, tylko nie możemy się spóźnić, bo mają kurs do Polski. Ponieważ mamy bilet ważny przez jeszcze jedną dobę, wymyśliliśmy sobie, że nocą pojedziemy jeszcze do Amsterdamu i Rotterdamu i że w zasadzie to całą noc spędzimy w pociągach. Bilet skasowaliśmy po północy, żeby był ważny na cały kolejny dzień. No i to był błąd. Nieświadomi tego, jak sprawy potoczą się później, jechaliśmy od Den Helder do Amsterdamu i od Amsterdamu do Rotterdamu i stwierdziliśmy, że Holandia jest bardzo mała. 

W końcu przyszedł czas na powrót. Przy pierwszej kontroli biletów w drodze do Groningen okazało się, że nieświadomi jedziemy na gapę, bo nasz bilet stracił ważność o 4 rano, tzn. był ważny od północy do 4 rano, bo od 4 do 4 liczy się doba pociągowa w Holandii. Konduktor powiedział, że mamy nieważny bilet i musimy kupić sobie nowy, tylko, że my już dawno byliśmy bez kasy i nie mieliśmy za co tego biletu kupić, więc pan okazał się bardzo miły, napisał coś na naszym nieważnym bilecie, powiedział, żeby na następnej stacji wysiąść i iść z tym biletem do kasy. Jak powiedział, tak zrobiliśmy. Nie wiemy, co tam napisał, ale w kasie dostaliśmy nowy bilet o wartości 00,00 guldenów i co najlepsze, przy następnej kontroli nikt tego darmowego biletu nie zakwestionował.
Rob i Anka odbierają nas z dworca, jemy (po tygodniu odżywiania się mielonką z puszki) najsmaczniejszą lasagne w naszym życiu. Wieczorem wyjeżdżamy do Polski.

W trakcie naszego wyjazdu gazety rozpisują się o wypadku księżnej Diany, również w tym czasie rozgrywa się akcja "Amelii" Jean-Pierre Jeunet.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz