środa, 7 lipca 2010

Maroko - dolot, Szafszawan, przez Fez na pustynię


Z Krakowa lecimy do Bergamo, tam męczymy się prawie pół dnia i śpimy na lotnisku.
Nocka na lotnisku nie należy do przyjemnych. Najpierw zamykają jedną część lotniska, z której trzeba się przenieść praktycznie pod drzwi z hali przylotów. Jest tam dosyć głośno i do tego ok. 4 rano wszystkich budzi klakson jeżdżącego wozu sprzątającego i trzeba się szybko zbierać z podłogi. Na lotnisku śpi wielu ludzi, bo nie ma sensu szukać noclegu w mieście, jeśli ma się lot o 6 rano.
Za to operacja „check in” do Tangeru to ku naszemu zdziwieniu sprawa wymagająca stalowych nerwów. Staliśmy już w kolejkach z Hindusami i arabskimi jubilerami wracającymi do Kataru, ale tego, co się wyprawiało się w kolejce do Tangeru i później w czasie lotu, nigdy wcześniej nie widzieliśmy!
Wpychanie się do kolejki, dyskusje z przedstawicielami linii, którzy tłumaczą 1 bagaż podręczny o wymiarach takich i takich i jeden bagaż do 15 kilo. Tymczasem, kobiety jako bagaż podręczy próbują przemycić 2 wielkie torby podróżne i walizy znacznie przekraczające dozwolony limit kg. Następuje ogólne rodzinne przepakowywanie dzieci, ciotek, kuzynów itd. i skuteczna blokada kolejki. Widzieliśmy już kilka akcji, jak pracownik lotniska nie pozwalał na nadbagaż, ale pracownicy tego lotniska w końcu się poddali. W rezultacie walizy podręczne nie mieściły się w lukach i nasze maleńkie plecaki wylądowały nam pod siedzeniami. Lot też był męką. Obsługa lotu krzyczała na pasażerów, którzy za nic mieli procedury bezpieczeństwa na pokładzie, wystraszone dzieci darły się niemiłosiernie,. Jednym słowem- latający cyrk!

W końcu dolecieliśmy. Taksówkarz chciał za kurs z lotniska na dworzec autobusowy 100 MAD za 3 osoby, więc się zgodziliśmy. Jechał z nami poznany na lotnisku Szwed, z którym dalej razem pojechaliśmy do cudnego miasteczka Chefchaouen. Spaliśmy w hotelu Mouritania polecanym przez przewodnik „Globtroter”. Hotelik przyjemny, choć cena podana w przewodniku 80 Mad już nieaktualna, płaciliśmy 120 MAD za dwójkę bez łazienki. Poznaliśmy tam parę sympatycznych Polaków. 
Miasteczko robi niesamowite wrażenie! Przede wszystkim nie jest tak tłumnie odwiedzane przez turystów jak inne znane miasta Maroko, choć słynie z uprawy i wyrobu kifu – czyli haszyszu i to ściąga do niego wielu amatorów palenia. Nas jednak nie interesowało próbowanie miejscowych płodów rolnych tylko krajobrazy i niesamowita medina oraz atmosfera tego miejsca. 

Miasteczko położone jest w górach Rifu na wysokości 600 m. Ciekawe, że kiedyś wstęp do niego był zakazany dla chrześcijan, których karano śmiercią przez otrucie za przekroczenie bram miasta. Tym, co zachwyca, są kolory – wszystkie możliwe odcienie koloru błękitnego. Mieszkańcy malują nawet na niebiesko ulice! Każdy z nich dodaje inną ilość niebieskiego barwnika do białej farby i dlatego medina mieni się tyloma odcieniami błękitu! Ale najdziwniejszym naszym odkryciem było niebo. Niebo, mimo pięknej, prawie bezchmurnej pogody, ma szary, a nawet stalowy kolor. Wieczorkiem siedzimy sobie z poznanym wcześniej Szwedem i pytamy o kolor nieba, a on na to mówi „No właśnie też to zauważyłem, ale myślałem, że tylko ja mam takie wrażenie po paleniu kifu.” W każdym razie, jest to śliczne niebieskie miasto, w którym jest tak niebiesko, że niebo traci swój kolor ;)


Wstajemy i żegnamy się z niebieskimi uliczkami i ślicznymi górskimi krajobrazami. Jedziemy do Fezu. I tu nasza pierwsza wpadka. Dajemy się zrobić w balona jakiemuś miejscowemu naganiaczowi, który sprzedaje bilety i zamiast jechać jak autobusem CTM, dostajemy bilety na jakiś „Super Bus” z super firmy prywatnej. Masakra! A wyglądało to tak: idziemy na dworzec, podchodzi mężczyzna i pyta: Czy chcemy do Fezu? My, że tak i że chcemy bilety na autobus na 15 linii CTM. On, że OK. i daje nam bilety. Jak przyjechał fajniutki autobus CTM, to się okazało, że niestety sprzedano nam bilety na całkiem inny autobus. No to dalej grzecznie czekamy…Nie dość, że autobus jest spóźniony, to do tego jego stan techniczny jest opłakany i cuchnie wymiocinami, a o jakichkolwiek wygodach i klimie możemy zapomnieć. Jazda to była rzeźnia, do tego po krętych górskich drogach, w upale i z kierowcą, który upierał się, że klima w jego super autobusie działa i dopiero po interwencji autochtonów otworzono w końcu okna. Nasze postanowienie: nigdy więcej prywatnych autobusów wujka, Ibrahima czy bratanka lub kuzyna Ahmeda, tudzież kolegi brata wujka Hassana, którzy mają dla turysty SUPER BUS po SUPER cenie, czyli 10 MAD mniej niż porządny państwowy CTM!!!!!

























Na dworcu autobusowym w Fezie biegniemy prosto do okienka z napisem CTM, żeby kupić bilety do Merzougi i dostać się na pustynię. Bilety dostajemy na 22:30 i do Rissani. I znowu dostajemy super propozycję od naganiacza. Tym razem oferuje nam pobyt na pustyni z wyżywieniem i wielbłądami. Nam najbardziej zależy, żeby po noclegu na pustyni 25 km od Rissini jakoś dostać się do miasta i to na godzinę 8:30, żeby zdążyć na kolejny autobus Supraturs do Tinghiru. Zaczęły się negocjacje.

Decydujemy się na nocleg w pokoju z wyżywieniem i gratis transfer z Risini na pustynię, a potem transfer do Risini na 8:30. Idziemy pospacerować po słynnej medinie Fezu. Faktycznie, jest dobrze zachowana, ale czy wygląda jak z czasów średniowiecza? Nie bardzo. Wszędzie pamiątki i ulice zaznaczone szlakami turystycznymi. Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej strony, idąc szlakiem, raczej trudno się zgubić. My oczywiście mamy naszą „Jadzię” i zgubić się nie możemy, tym bardziej, że o 22 mamy być już na dworcu CTM.


1 komentarz :

  1. Przepięknie <3

    Też kochamy to miejsce... Podsyłam kilka zdjęć od nas :)

    http://pelnapara.com/podroze/wioska-smerfow-haszyszu-i-drzwi-do-raju-czyli-chefchaouen-we-wszystkich-odcieniach-blekitu/

    OdpowiedzUsuń