Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2010

Marakesz - ogród Majorelle

Marakesz: Znowu ciepło, mnóstwo naganiaczy, świeże soczki z pomarańczy, drobne zakupy. Każda sprzedawana na suku rzecz ma duszę. Widzimy chłopców, którzy wycinają podeszwy i przygotowują klej do butów, inni je szyją, kowale wyrabiają metalowe ozdoby na naszych oczach, stolarze wykonują wzorki w drewnie i zaraz coś ładnego z tego powstanie. Chcieliśmy nocować w tym samym hotelu i jeszcze przed wyjazdem w góry zarezerwowaliśmy pokój nr 8, który czekał na nas po przyjeździe.

Essaouira

As-Sawira (arab.الصويرة, berber.ⵜⴰⵙⵓⵔⵜ czyt. Tassort, fr.Essaouira),
As-Sawira leży na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego, który opływa zimny prąd kanaryjski, dlatego woda jest zimna i o plażowaniu można zapomnieć. Miasteczko słynie natomiast z: bardzo silnych wiatrów (jest nazywana rajem dla surferów), klimatycznej mediny (wpisanej na listę zabytków Unesco), i artystycznej atmosfery (bywali tu znani artyści, np. Jimi Hendrix, Oliver Stone (zdjęcia do Aleksandra Wielkiego), Ridley Scott (zdjęcia do Królestwa niebieskiego). W tym portowym mieście widać też różnorodność wielu kultur: wpływ Portugalczyków (dobrze zachowane fortyfikacje), Francuzów, Berberów, Żydów, Arabów i potomków czarnych niewolników zwanych Gnawa, których sprowadzono z głębi Afryki do uprawy trzciny cukrowej.

Na dachu Afryki północnej - Jebel Toubkal 4167 m n.p.m.

Rano jedziemy na dworzec grand taxi, żeby dostać się do wioski Imlil w górach Atlas. Grand taxi to taki marokański wynalazek – normalny osobowy mercedes (rocznik 70 lub 80). Jak wsiądzie do niego wystarczająca liczna osób, to odjeżdża za miasto. Wystarczająca liczba osób to 6 pasażerów + kierowca, czyli obok kierowcy z przodu na 1 siedzeniu siedzą 2 osoby, z tyłu siedzą 4 osoby – a do Imlilu jedzie się jakieś 2 godziny po krętych górskich drogach. Cała taxi za kurs kasuje 180 Mad, więc wyliczamy, że za osobę wychodzi po 45 MAD i mamy w planie znaleźć 2 chętnych białasów, którzy pokryją z nami koszty brakujących 2 osób, czyli 90 MAD i pojedziemy w 4 osoby. Łatwo nie jest. Jacyś 2 Holendrzy siedzą w taxi, proponujemy, że się do nich dosiądziemy i podzielimy koszt na 4 osoby, ale kierowca się nie zgadza i odjeżdża. Stoimy więc dość długo i żadnych białasków nie widać. W końcu podchodzi trójka Marokańczyków i mają jechać razem z nami.

Marakesz

Wstajemy bardzo wcześnie rano i jedziemy do Marakeszu. Jest 13 lipca i Maciek dostaje miejsce w autobusie nr 13! Od razu przypomina mi się Tunezja 13 lipca w piątek, gdy nas okradli w Tunisie. Zagryzam zęby i myślę, że to głupoty i wszystko będzie OK., aż do czasu, gdy zaraz obok naszego siedzenia i prawie na Maćka stopach ląduje ‘paw’.

W palmowym gaju, czyli wąwóz Todra

Nocleg znajdujemy z łatwością. Śpimy w pensjonacie Palmeraie Guesthouseza 150 MAD od osoby, co wydaje się nam dość drogie, ale za to warunki i jedzenie wliczone w cenę pokoju są super! Do tego znajduje się w sercu gaju palmowego. Jesteśmy jedynymi gośćmi w pensjonacie, jedzonko serwuje Rachid - kucharz (genialny) i manager w jednej osobie. 

Jemy na tarasie z widokiem na gaj palmowy.

Merzouga

Jazda CTM to sama przyjemność i noc w autobusie upływa szybko. Bilety na supraturs do Tinghiru kupujemy jeszcze tego samego dnia, zaraz po przyjeździe do Risini. Na dworcu czeka na nas człowiek z kierowcą jeepa. Okazuje się, że zapłacona w Fezie zaliczka 50 MAD, to nie jakaś ściema i rzeczywiście facet zabiera nas na pustynię. Razem z nami jedzie jeszcze para ze Słowenii. Nasza oberża (bo tak się nazywają noclegi na pustyni) jest w dobrym miejscu – zaraz naprzeciwko wydm, a zimą jest tam jeszcze okresowe jezioro.

Dostajemy pokoik z łazienką zrobiony z błota i słomy. Woda teoretycznie tylko zimna – czyli w praktyce gorąca, nagrzana przez słońce!

Maroko - dolot, Szafszawan, przez Fez na pustynię

Z Krakowa lecimy do Bergamo, tam męczymy się prawie pół dnia i śpimy na lotnisku.
Nocka na lotnisku nie należy do przyjemnych. Najpierw zamykają jedną część lotniska, z której trzeba się przenieść praktycznie pod drzwi z hali przylotów. Jest tam dosyć głośno i do tego ok. 4 rano wszystkich budzi klakson jeżdżącego wozu sprzątającego i trzeba się szybko zbierać z podłogi. Na lotnisku śpi wielu ludzi, bo nie ma sensu szukać noclegu w mieście, jeśli ma się lot o 6 rano. Za to operacja „check in” do Tangeru to ku naszemu zdziwieniu sprawa wymagająca stalowych nerwów. Staliśmy już w kolejkach z Hindusami i arabskimi jubilerami wracającymi do Kataru, ale tego, co się wyprawiało się w kolejce do Tangeru i później w czasie lotu, nigdy wcześniej nie widzieliśmy!

Rzym

Czerwcowy weekend planowaliśmy spędzić w Wenecji, ale Wizzair zmienił rozkład lotów i okazało się, że możemy wybrać dowolny inny lot do Włoch w interesującym nas terminie i bez żadnych dopłat. Szybka analiza rozkładu lotów na długi weekend i stało się jasne, że mamy trochę szczęścia w nieszczęściu, bo okazało się, że możemy lecieć do Rzymu.

Bangkok przed powrotem do domu

25.02.2010
Jedziemy do Bangkoku. Autobus zarezerwowaliśmy sobie zaraz po przyjeździe na Lantę, ale najpierw korzystamy z ostatniego dnia pobytu na wyspie. Wstajemy o 7 rano, od razu hop do wody, a woda spokojna, błękitna i przyjemnie chłodna. Lanta żegna nas pięknym gorącym dniem. W wodzie siedzimy ponad godzinę i wspominamy najfajniejsze chwile pobytu tutaj. Potem śniadanko w knajpce, do której wczoraj zaprowadził nas sąsiad Niemiec i trzeba się wymeldować. Nie ma problemu z bagażami, bo można je zostawić na recepcji, więc oczywiści idziemy na plażę, ale tym razem tylko posiedzieć w cieniu. W końcu tuż przed godziną 13 przyjeżdża po nas kierowca i busem wraz z innymi turystami jedziemy na przystań promową. Promem ze 2 razy przeprawiamy się na ląd i dalej busem do Krabii.

Morze Andamańskie

20.02.2010 Droga była koszmarnie długa, ale w końcu jesteśmy w raju. Przez chwilę czuliśmy się niepewnie, jak większość podróżujących, ponieważ zabrano nam bilety, a w zamian dostaliśmy małe naklejki z odręcznym napisem Lanta. Sposób na naklejki działa bez zarzutu, nikt nie sprawdza biletów, a najzabawniejsze są miny turystów, którzy są przekazywani z rąk do rąk i nikt nie wie, o co chodzi, ale wszystko to jakoś działa i to punktualnie! Ale bycie paczką nie wszystkich bawi ;) Po przyjeździe weszliśmy do agencji spytać o bilet powrotny do Bangkoku, bo bywają problemy z rezerwacją miejsc. Bilet powrotny już mamy, a przy okazji wykupiliśmy jedną z zaplanowanych wycieczek po dobrej cenie. Mieszkamy w Arrow House – w miarę tanio i przyjemnie, pierwsze wrażenie nie było najlepsze, ale byliśmy 24 h w drodze. Po kąpieli w morzu, odpoczynku, kolacji dostrzegliśmy w tym miejscu pozytywy. Pomimo wcześniejszych obaw nie ma tu hałaśliwych dyskotek (przynajmniej dziś, a to jest sobota)…

Kanchanaburi

Wczorajszą kolację i dzisiejsze śniadanie zjedliśmy w Jolly Frog (hostel z bardzo dobrymi cenami, polecany), potem bardzo długo czekaliśmy na autobus do wodospadów Erewan. Nie wykupiliśmy wycieczki, więc sami musieliśmy znaleźć przystanek, znowu pomogli nam w tym miejscowi (znajduje się on na rogu cmentarza od strony dworca kolejowego, nie ma tam żadnego znaku, przystanek po prostu tam jest i każdy miejscowy to wie ;).

Drugi dzień w Ayutthaya

Dzisiaj po śniadaniu bierzemy rowery i zwiedzamy: Viharn Phra Mongkon Bophit – największy wykonany z brązu pomnik siedzącego Buddy – słabe, Wat Phra Sisanphet – 3 chedi z 15 wieku – grobowce królów Ayutthaya (warto, klimatyczne miejsce) oraz ruiny wielkiego pałacu – faktycznie ruiny, są tylko fundamenty, ale można sobie wyobrazić jak ogromny był pałac. Jedziemy na północ do Wat Na Phramen – sama świątynia nie powala, ale i tak lepsza od pierwszej wiharny, natomiast panuje tam atmosfera skupienia i modlitwy, bo nie ma masówki. Po lewej stronie za świątynią są 3 chedi, z pierwszej wyrasta drzewo, w korzeniach którego jest malutka głowa Buddy. Stąd jedziemy na Złotą Górę – daleko, ale warto, widoki nas rozczarowały, ale sama świątynia rewelacyjna. Wracając oglądamy wielkiego leżącego Buddę w Wat Lokkayasutharam – jest wielki!

Ayutthaya

Wstaliśmy o 7 rano, pakowanie i idziemy szukać transportu na dworzec północny Mochit 2. Wiedzieliśmy, że dojedziemy tam autobusem nr 3, ale gdzie jest przystanek? Pytaliśmy tu i tam i nikt nie wiedział, najczęściej mówili o turystycznych klimatyzowanych autobusach, wycieczkach lub taxi, a my jak na złość uparliśmy się na 3 (czerwony, lokalny autobus z drewnianą podłogą bez szyb).

Trzeci dzień w Bangkoku

Dzisiaj zwiedzaliśmy Pałac Vimanmek, czyli pałac z drewna tekowego, który był rezydencją dziadków obecnie panującego króla. Bilety wstępu to kupione wczoraj wejściówki do Wielkiego Pałacu (ważne 7 dni). Dojechaliśmy tuk-tukiem za 10 TBH zgadzając się na 1 stop w wytwórni biżuterii i kamieni szlachetnych, gdzie podglądaliśmy jak jubilerzy obrabiają kamienie. Potem już prosto do Pałacu.

Drugi dzień w Bangkoku

Dzisiaj drugi dzień w Bangkoku. Zwiedzaliśmy Wielki Pałac i Wat Phra Khaew oraz Wat Pho i Wat Arun – taki maraton po świątyniach. Opisywać nie będziemy, bo nie jesteśmy w stanie opisać tych cudnych wrażeń. Na pewno warto mieć na to wszystko więcej czasu, żeby nie pędzić, tylko delektować się tą architekturą, posiedzieć w świątyni, zapalić kadzidełko…

Jedziemy do Tajlandii

Przygotowania do wyjazdu i odkładanie $$ zaczęliśmy już pół roku wcześniej. Na początku był pomysł - Jedziemy do Tajlandii. Potem długie wizyty na forach i spacery z Google Earth. Kupiliśmy 2 przewodniki, w prezentach dostaliśmy dodatkowo jeszcze 2 fajne książki :), Maciek opracował dokładne mapy, ja listę hosteli i plaż ;). Zdecydowaliśmy, co chcemy zobaczyć, gdzie jechać itp.