wtorek, 20 lipca 2010

Marakesz - ogród Majorelle

Marakesz: Znowu ciepło, mnóstwo naganiaczy, świeże soczki z pomarańczy, drobne zakupy. Każda sprzedawana na suku rzecz ma duszę. Widzimy chłopców, którzy wycinają podeszwy i przygotowują klej do butów, inni je szyją, kowale wyrabiają metalowe ozdoby na naszych oczach, stolarze wykonują wzorki w drewnie i zaraz coś ładnego z tego powstanie. Chcieliśmy nocować w tym samym hotelu i jeszcze przed wyjazdem w góry zarezerwowaliśmy pokój nr 8, który czekał na nas po przyjeździe.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Essaouira

As-Sawira (arab. الصويرة, berber. ⵜⴰⵙⵓⵔⵜ czyt. Tassort, fr. Essaouira),

As-Sawira leży na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego, który opływa zimny prąd kanaryjski, dlatego woda jest zimna i o plażowaniu można zapomnieć. Miasteczko słynie natomiast z: bardzo silnych wiatrów (jest nazywana rajem dla surferów), klimatycznej mediny (wpisanej na listę zabytków Unesco), i artystycznej atmosfery (bywali tu znani artyści, np. Jimi Hendrix, Oliver Stone (zdjęcia do Aleksandra Wielkiego), Ridley Scott (zdjęcia do Królestwa niebieskiego). W tym portowym mieście widać też różnorodność wielu kultur: wpływ Portugalczyków (dobrze zachowane fortyfikacje), Francuzów, Berberów, Żydów, Arabów i potomków czarnych niewolników zwanych Gnawa, których sprowadzono z głębi Afryki do uprawy trzciny cukrowej.

piątek, 16 lipca 2010

Na dachu Afryki północnej - Jebel Toubkal 4167 m n.p.m.

Rano jedziemy na dworzec grand taxi, żeby dostać się do wioski Imlil w górach Atlas. Grand taxi to taki marokański wynalazek – normalny osobowy mercedes (rocznik 70 lub 80). Jak wsiądzie do niego wystarczająca liczna osób, to odjeżdża za miasto. Wystarczająca liczba osób to 6 pasażerów + kierowca, czyli obok kierowcy z przodu na 1 siedzeniu siedzą 2 osoby, z tyłu siedzą 4 osoby – a do Imlilu jedzie się jakieś 2 godziny po krętych górskich drogach. Cała taxi za kurs kasuje 180 Mad, więc wyliczamy, że za osobę wychodzi po 45 MAD i mamy w planie znaleźć 2 chętnych białasów, którzy pokryją z nami koszty brakujących 2 osób, czyli 90 MAD i pojedziemy w 4 osoby. Łatwo nie jest. Jacyś 2 Holendrzy siedzą w taxi, proponujemy, że się do nich dosiądziemy i podzielimy koszt na 4 osoby, ale kierowca się nie zgadza i odjeżdża. Stoimy więc dość długo i żadnych białasków nie widać. W końcu podchodzi trójka Marokańczyków i mają jechać razem z nami.

wtorek, 13 lipca 2010

Marakesz

Wstajemy bardzo wcześnie rano i jedziemy do Marakeszu. Jest 13 lipca i Maciek dostaje miejsce w autobusie nr 13! Od razu przypomina mi się Tunezja 13 lipca w piątek, gdy nas okradli w Tunisie. Zagryzam zęby i myślę, że to głupoty i wszystko będzie OK., aż do czasu, gdy zaraz obok naszego siedzenia i prawie na Maćka stopach ląduje ‘paw’.

poniedziałek, 12 lipca 2010

W palmowym gaju, czyli wąwóz Todra

Nocleg znajdujemy z łatwością. Śpimy w pensjonacie Palmeraie Guesthouse za 150 MAD od osoby, co wydaje się nam dość drogie, ale za to warunki i jedzenie wliczone w cenę pokoju są super! Do tego znajduje się w sercu gaju palmowego. Jesteśmy jedynymi gośćmi w pensjonacie, jedzonko serwuje Rachid - kucharz (genialny) i manager w jednej osobie. 

Jemy na tarasie z widokiem na gaj palmowy.

sobota, 10 lipca 2010

Merzouga

Jazda CTM to sama przyjemność i noc w autobusie upływa szybko. Bilety na supraturs do Tinghiru kupujemy jeszcze tego samego dnia, zaraz po przyjeździe do Risini. Na dworcu czeka na nas człowiek z kierowcą jeepa. Okazuje się, że zapłacona w Fezie zaliczka 50 MAD, to nie jakaś ściema i rzeczywiście facet zabiera nas na pustynię. Razem z nami jedzie jeszcze para ze Słowenii. Nasza oberża (bo tak się nazywają noclegi na pustyni) jest w dobrym miejscu – zaraz naprzeciwko wydm, a zimą jest tam jeszcze okresowe jezioro.

Dostajemy pokoik z łazienką zrobiony z błota i słomy. Woda teoretycznie tylko zimna – czyli w praktyce gorąca, nagrzana przez słońce!

środa, 7 lipca 2010

Maroko - dolot, Szafszawan, przez Fez na pustynię


Z Krakowa lecimy do Bergamo, tam męczymy się prawie pół dnia i śpimy na lotnisku.
Nocka na lotnisku nie należy do przyjemnych. Najpierw zamykają jedną część lotniska, z której trzeba się przenieść praktycznie pod drzwi z hali przylotów. Jest tam dosyć głośno i do tego ok. 4 rano wszystkich budzi klakson jeżdżącego wozu sprzątającego i trzeba się szybko zbierać z podłogi. Na lotnisku śpi wielu ludzi, bo nie ma sensu szukać noclegu w mieście, jeśli ma się lot o 6 rano.
Za to operacja „check in” do Tangeru to ku naszemu zdziwieniu sprawa wymagająca stalowych nerwów. Staliśmy już w kolejkach z Hindusami i arabskimi jubilerami wracającymi do Kataru, ale tego, co się wyprawiało się w kolejce do Tangeru i później w czasie lotu, nigdy wcześniej nie widzieliśmy!

czwartek, 3 czerwca 2010

Rzym

Czerwcowy weekend planowaliśmy spędzić w Wenecji, ale Wizzair zmienił rozkład lotów i okazało się, że możemy wybrać dowolny inny lot do Włoch w interesującym nas terminie i bez żadnych dopłat. Szybka analiza rozkładu lotów na długi weekend i stało się jasne, że mamy trochę szczęścia w nieszczęściu, bo okazało się, że możemy lecieć do Rzymu.

czwartek, 25 lutego 2010

Bangkok przed powrotem do domu

25.02.2010

Jedziemy do Bangkoku. Autobus zarezerwowaliśmy sobie zaraz po przyjeździe na Lantę, ale najpierw korzystamy z ostatniego dnia pobytu na wyspie. Wstajemy o 7 rano, od razu hop do wody, a woda spokojna, błękitna i przyjemnie chłodna. Lanta żegna nas pięknym gorącym dniem. W wodzie siedzimy ponad godzinę i wspominamy najfajniejsze chwile pobytu tutaj. Potem śniadanko w knajpce, do której wczoraj zaprowadził nas sąsiad Niemiec i trzeba się wymeldować. Nie ma problemu z bagażami, bo można je zostawić na recepcji, więc oczywiści idziemy na plażę, ale tym razem tylko posiedzieć w cieniu. W końcu tuż przed godziną 13 przyjeżdża po nas kierowca i busem wraz z innymi turystami jedziemy na przystań promową. Promem ze 2 razy przeprawiamy się na ląd i dalej busem do Krabii.

sobota, 20 lutego 2010

Morze Andamańskie

20.02.2010
Droga była koszmarnie długa, ale w końcu jesteśmy w raju. Przez chwilę czuliśmy się niepewnie, jak większość podróżujących, ponieważ zabrano nam bilety, a w zamian dostaliśmy małe naklejki z odręcznym napisem Lanta. Sposób na naklejki działa bez zarzutu, nikt nie sprawdza biletów, a najzabawniejsze są miny turystów, którzy są przekazywani z rąk do rąk i nikt nie wie, o co chodzi, ale wszystko to jakoś działa i to punktualnie! Ale bycie paczką nie wszystkich bawi ;) Po przyjeździe weszliśmy do agencji spytać o bilet powrotny do Bangkoku, bo bywają problemy z rezerwacją miejsc. Bilet powrotny już mamy, a przy okazji wykupiliśmy jedną z zaplanowanych wycieczek po dobrej cenie. Mieszkamy w Arrow House – w miarę tanio i przyjemnie, pierwsze wrażenie nie było najlepsze, ale byliśmy 24 h w drodze. Po kąpieli w morzu, odpoczynku, kolacji dostrzegliśmy w tym miejscu pozytywy. Pomimo wcześniejszych obaw nie ma tu hałaśliwych dyskotek (przynajmniej dziś, a to jest sobota).

piątek, 19 lutego 2010

Kanchanaburi

Wczorajszą kolację i dzisiejsze śniadanie zjedliśmy w Jolly Frog (hostel z bardzo dobrymi cenami, polecany), potem bardzo długo czekaliśmy na autobus do wodospadów Erewan. Nie wykupiliśmy wycieczki, więc sami musieliśmy znaleźć przystanek, znowu pomogli nam w tym miejscowi (znajduje się on na rogu cmentarza od strony dworca kolejowego, nie ma tam żadnego znaku, przystanek po prostu tam jest i każdy miejscowy to wie ;).

czwartek, 18 lutego 2010

Drugi dzień w Ayutthaya

Dzisiaj po śniadaniu bierzemy rowery i zwiedzamy: Viharn Phra Mongkon Bophit – największy wykonany z brązu pomnik siedzącego Buddy – słabe, Wat Phra Sisanphet – 3 chedi z 15 wieku – grobowce królów Ayutthaya (warto, klimatyczne miejsce) oraz ruiny wielkiego pałacu – faktycznie ruiny, są tylko fundamenty, ale można sobie wyobrazić jak ogromny był pałac. Jedziemy na północ do Wat Na Phramen – sama świątynia nie powala, ale i tak lepsza od pierwszej wiharny, natomiast panuje tam atmosfera skupienia i modlitwy, bo nie ma masówki. Po lewej stronie za świątynią są 3 chedi, z pierwszej wyrasta drzewo, w korzeniach którego jest malutka głowa Buddy. Stąd jedziemy na Złotą Górę – daleko, ale warto, widoki nas rozczarowały, ale sama świątynia rewelacyjna.
Wracając oglądamy wielkiego leżącego Buddę w Wat Lokkayasutharam – jest wielki!

środa, 17 lutego 2010

Ayutthaya


Wstaliśmy o 7 rano, pakowanie i idziemy szukać transportu na dworzec północny Mochit 2. Wiedzieliśmy, że dojedziemy tam autobusem nr 3, ale gdzie jest przystanek? Pytaliśmy tu i tam i nikt nie wiedział, najczęściej mówili o turystycznych klimatyzowanych autobusach, wycieczkach lub taxi, a my jak na złość uparliśmy się na 3 (czerwony, lokalny autobus z drewnianą podłogą bez szyb).

wtorek, 16 lutego 2010

Trzeci dzień w Bangkoku

Dzisiaj zwiedzaliśmy Pałac Vimanmek, czyli pałac z drewna tekowego, który był rezydencją dziadków obecnie panującego króla. Bilety wstępu to kupione wczoraj wejściówki do Wielkiego Pałacu (ważne 7 dni). Dojechaliśmy tuk-tukiem za 10 TBH zgadzając się na 1 stop w wytwórni biżuterii i kamieni szlachetnych, gdzie podglądaliśmy jak jubilerzy obrabiają kamienie. Potem już prosto do Pałacu.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Drugi dzień w Bangkoku


Dzisiaj drugi dzień w Bangkoku. Zwiedzaliśmy Wielki Pałac i Wat Phra Khaew oraz Wat Pho i Wat Arun – taki maraton po świątyniach. Opisywać nie będziemy, bo nie jesteśmy w stanie opisać tych cudnych wrażeń. Na pewno warto mieć na to wszystko więcej czasu, żeby nie pędzić, tylko delektować się tą architekturą, posiedzieć w świątyni, zapalić kadzidełko…

niedziela, 14 lutego 2010

Jedziemy do Tajlandii


Przygotowania do wyjazdu i odkładanie $$ zaczęliśmy już pół roku wcześniej. Na początku był pomysł - Jedziemy do Tajlandii. Potem długie wizyty na forach i spacery z Google Earth. Kupiliśmy 2 przewodniki, w prezentach dostaliśmy dodatkowo jeszcze 2 fajne książki :), Maciek opracował dokładne mapy, ja listę hosteli i plaż ;). Zdecydowaliśmy, co chcemy zobaczyć, gdzie jechać itp.